Opublikowano Dodaj komentarz

Andrzej Dziura cz .5 – Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych, Lot Narodowy z Watykanu.

K: Pod koniec twojej kajakowej kariery jako zawodnika, razem ze swoim kolegą Zdzisławem Szubskim postanowiliście przepłynąć z Oświęcimia na Westerplatte dla uczenie wybuchu II wojny światowej.    

A: Tu sytuacja wyglądała następująco, ja nie planowałem czegoś takiego, nawet mi się pewnie nie śniło, to wszystko Zdzichu 2-3 lata planował, że popłynie ten rekord.

Tu sytuacja była następująca, ja po prostu nie planowałem czegoś takiego, nawet nie wiem czy mi się śniło czy nie śniło, bo to Zdzichu planował z 2-3 lata, że popłyną ten rekord 

K:  Może powiedzmy coś o Zdzichu, jak się poznaliście? 

Może powiedzmy coś o Zdzichu, że on też pływał na kajakach    

A:  W tamtych latach było dużo stowarzyszeń sportowych, START, Gwardia, Wojsko, Spółdzielcy Budowlani, Zdzisiek był wtedy członkiem klubu Astoria Bydgoszcz, ja byłem w Nadwiślanie, oba te kluby były startowskie – było 12 klubów, które liczyły się w kajakarstwie i były właśnie zrzeszenia START.  

Także ścigaliśmy się na mistrzostwach polski, dodatkowo na tych startowskich, no i parę razy byliśmy na zawodach międzynarodowych, bo w swojej karierze startowałem też w reprezentacji Polski, w …….. i na maratonach zająłem ogólnie 4. miejsce, gdzie tam na sześć maratonów wybierało się trzy najlepsze, ja startowałem tylko w trzech, bo na resztę nas nie wysłali. Wygrałem wtedy maraton w Niemczech, w Londynie, to był maraton na 110 km, był podzielony na trzy etapy i w Bratysławie, potem to już było praktycznie po zawodach, miałem sobie zrobić przerwę i nage dostałem telefon w ostatniej chwili, można powiedzieć, że pojechałem z rzutu można powiedzieć i zająłem 6. miejsce, w ogólnej punktacji inni mieli możliwość wybrania z sześciu najlepszych, ja miałem tylko trzy na trzy, więc z tych trzech byłem czwarty, a  to też uważam za dobry wynik, z Krzyśkiem Szczepańskim startowałem i to też był grandp…. na Warcie w Poznaniu, tam było 50 km , zajęliśmy drugie miejsce, przegraliśmy tylko z dwójką angielską.

No Zdziśka znam po prostu z tego, że w tych latach było dużo stowarzyszeń takich sportowych, Start, …. Gwardia, Wojsko, spółdzielcy budowlani, no i Zdzisiek był nawet członkiem klubu Astoria Bydgoszcz, który był klubem startowskim , a ja też byłem, bo Nadwiślan to też jest startowski (?), ……………..? tak jak i tam 12 klubów, które liczyły się w kajakarstwie, to były zrzeszenia sportowego Start  

Także z nimi żeśmy się ścigali na mistrzostwach polski, dodatkowo na tych startowskich ? no i parę razy my tam byli na zawodach międzynarodowych, bo w swojej karierze też startowałem w reprezentacji polski na kajakarstwie, w …grandprie..  i w maratonach zająłem ogólnie 4. miejsce, gdzie tam na sześć maratonów wybierało się trzy najlepsze, ja startowałem tylko w trzech, bo na resztę nas nie wysłali. Wygrałem wtedy maraton w Niemczech, w Londynie, to był maraton na 110 km, był podzielony na trzy etapy i w Bratysławie, potem to już było praktycznie po zawodach, miałem sobie zrobić przerwę i nage dostałem telefon w ostatniej chwili, można powiedzieć, że pojechałem z rzutu można powiedzieć i zająłem 6. miejsce, w ogólnej punktacji inni mieli możliwość wybrania z sześciu najlepszych, ja miałem tylko trzy na trzy, więc z tych trzech byłem czwarty, a  to też uważam za dobry wynik, z Krzyśkiem Szczepańskim startowałem i to też był grandp…. na Warcie w Poznaniu, tam było 50 km , zajęliśmy drugie miejsce, przegraliśmy tylko z dwójką angielską.

K: dużo przegraliście?

A: nie, na samej końcówce nas odjechali. Nie no my nie mieliśmy wtedy pompek, nie mieliśmy bidonów, nie mieliśmy nic. Tamci byli wyposażeni, picie na plecach, tu rurka, my mieliśmy cztery pomarańczki w woreczku, nawet butelki z piciem, piliśmy wodę z Warty no to.. Jak w maratonie się patrzy ludzie biegają, nie napił się odżywki czy czegoś, to po 20 km zejdzie z trasy albo się przewróci, a tutaj jest… Na kajaku się dużo wolniej płynie, więc taki maraton to jest 2 i pół godziny, w granicach do 3 godzin nawet. No i to były takie sukcesy. Pamiętam, startowałem w reprezentacji na Słowacji, z Bogdanem Ostrowskim i też na dwójce na 1000 m, startowali wtedy Niemcy, Rumuni Węgrzy … Też my na 1000 metrów zajęliśmy 2. miejsce i też uważam… Sadzili nas prosto na zawody, ja poszedłem na szlak, przepłynęliśmy się, nie idzie, powiedziałem Bogdan wysiadaj zmiana, przesiedliśmy się i poszło. Sam wiesz, że osadę trzeba trenować, a jak wsiądzie dwóch. Tak jak do tanga potrzebna jest dwójca, tak ta dwójka nie pójdzie. No ale wsiedliśmy, popłynęliśmy i uważam, że bardzo dobrze. Nawet zadowolony byłem. Popłynęliśmy w dobrym czasie, a to jeszcze stare wiosła, płaskie,  na struerach? na drewnianych łódkach, a teraz się potrzy n te nowe łódki z neloplasteksy  ? to są można powiedzieć igiełki no i wiosła są takie, że dużo większą prędkość można…

K: powiedz jak długo przygotowywaliście się z Szubskim do tego startu tutaj, jak żeście się zgadali z tym wszystkim?

 A: on miał płynąć z Tomkiem Świerszczyńskim, to był zawodnik ze spójni Warszawa, też tam, oni razem chyba na czwórce trenowali w tej młodzieżowej kadrze, z tym, że Tomek  był bardziej typem sprintera i on się zgodził wszystko fajnie, a jak sobie potem przemyślał non stop jechać tyle dni, to zrezygnował jakieś 7-8 miesięcy przed ustaloną datą tego maratonu. Ale tutaj wtedy nasz kolega można by powiedzieć z Krakowa, Piotr Tomala, który poszedł na studia do Bydgoszczy i tam pływał w Astorii,i i Zdzichu chodził taki zafrasowany nie wiedział co i jak i powiedział: “Słuchaj, że no ja mam takiego kolegę z Krakowa, on to wie pan z kajaka nie wysiądzie, zadzwonię do niego, jak się zgodzi to popłyniecie.” Spotkaliśmy się chyba na zawodach i on mi proponuje, taka sprawa i ja się zgodziłem, no i jak się już zgodziłem to już nie wypadało się wycofywać. No i wtedy już tak można powiedzieć, byłem już trenerem, w ‘82 skończyłem studia, a w ‘85 popłynęliśmy maraton. Ale Zdzichu wiesz, on jako rada główna Startu i zrzeszenie w Bydgoszczy załatwili tę całą otoczkę. Cały czas motorówki z WOPR-u z nami płynęły, lekarz, sędziowie, to zgłosić do  Guinessa do wszystkiego, cały czas wzdłuż trasy, musiała jechać tak zwana obsługa techniczna, z ubraniem, wyżywieniem, zapasowym wiosłem itp.  [koniec video] 

K: ja pamiętam tu was ja z Oświęcimia przypłynęliście, pod zaporę w Dąbiu, chciałem ci powiedzieć, że wedy sobie pomyślałem, że raczej nie skończycie tego, ale się myliłem.  

A:  Krystian, jak wszędzie na świecie są ludzie, którzy ci dobrze życzą  i którzy by się cieszyli…

K: ja tylko żartowałem 

A: nie mówię tego do ciebie, żebym przypłyną z Oświęcimia pod Nadwiślan i tutaj wysiadł. Ale po prostu wiesz, zgodziliśmy się. Przyjechaliśmy, weszliśmy na dwójkę, płyniemy fajnie,  uważam, że była troszkę za mało wyporna, bo jeśli płyniesz tyle dni, jak masz spać w tej łódce i wszystko, to powinna mieć trochę wyższy pokład, taka stabilniejsza być, no i płetwę mieliśmy nie denną, tylko tą rufową, ale to była taka listeweczka, mniejsza od tego telefonu, ja mówię, słuchaj, że jeśli będziemy płynąć z prądem, to musisz mieć prędkość, żeby ster zadziałał, musisz szybciej od wody płynąć, jak będziesz płynąć równo z wodą, to ten ster w ogóle nie będzie reagować. I taki pierwszy moment, gdzie się ten ster nie sprawdził, to było tu, pod Kaziemierzem Dolny, tam są takie otwarte duże przestrzenie, Wisła rozlazna i boczny wiatr, to musieliśmy się tak po mieliznach, po krzakach chować,  

K: wiosłami pomagać przy sterowaniu 

A: no i ostatnia w Tczewie, wpłynęliśmy na martwą Wisłę, bo Wisła płynie tam…….

K: dobrze cofnijmy się jeszcze, powiedz nam coś o kryzysach, co ci utkwiło w pamięci

A:  ja wtedy miałem kontuzję barku, 

K: w trakcie?  

A: nie w trakcie, trochę wcześniej, składaliśmy się na rękę z takim… Przyszedłem na imprezę , dużo zobaczyło, że przyszedł gość w obcisłej koszulce, sportowiec, to każdy chciał się składać. Jeden, drugi, w końcu trafił się taki, 140 kg wagi no i koniec. Albo mu dam rewanż albo będzie bijatyka. Co miałem zrobić, położył się gość, przeciągłem. No i tę kontuzję, to miałem 2-3 lata, bo to nie zrobiłeś żadnych zabiegów, samo się goi, przy nadwyrężeniu czy przy zmianach pogodowych, to rękę było czuć. No, ale jechał z nami lekarz, miał to cały czas pod tym, smarował, masaże, dostawałem, też środki przeciwbólowe.

K: z tego co pamiętam, to nawet spaliście w tych kajakach 

A: nie bo regulamin był taki, żeśmy mieli 5-10 minut przerwy, co 5-6 godzin, więc jak nawet nie raz jedliśmy na kajaku, spaliśmy na kajaku, potrzeby fizjologiczne to tam pierwszy drugi dzień, a potem to już, za przeproszeniem, nie oddało się moczu,bo to wszystko szło z potem, przy tej pracy. Pamiętam taki pierwszy moment krytyczny, to był jak żeśmy przepłynęli zaporę na kujawach i tam ta nysa nie dotarła w paru punktach, żeby dostarczyć nam jakiegoś banana, coś słodkiego, jakiegoś jedzenia, żeby przegryźć, czy picia. Myślmy jechali prawie do Koszyc, tak żeśmy się odwodnili, że dobrze, że taki Maciek z WOPR-u, on nas eskortował ten odcinek można powiedzieć od Łączan, bo potem to już przejął nas kielecki WOPR, on tam znał te rejony, gdzieś tam popłynął do brzegu i mówi płyńcie, ja was dogonię, przeskoczę przez wał, no i poszedł. Kupił nam wtedy jakieś dwie butelki wody mineralnej i soku, dogonił nas, to się trochę wzmocniliśmy, no ale jak się już raz odwodnisz, to się nie da wypić wiaderka, żeby to wszystko w organizmie momentalnie odnosi. Dlatego mówię, najgorszy kryzys  były tutaj te odcinki w Kazimierzu Dolnym, bo to już był chyba drugi dzień płynięcia, można powiedzieć dwie nieprzespane noce, no i to zmęczenie się tak nakładało nakładało, a jeszcze dodatkowo ten boczny i przeciwny wiatr, że płynęliśmy pod wiatr, tak jak mówię ta łódka, ten ster nie działał praktycznie w ogóle. Ja miałem ster skręcony całkowicie w prawo, to jeszcze musieliśmy wiosłować tylko na jedną stronę, żeby łódka była w stanie się odwrócić. Następne doby jak już organizm wszedł w ten rytm, chociaż nie był taki sprawny, to też mówię, musi być psychika, żeby człowiek przezwyciężył ból zmęczenie.   

K: powiedź mi, jak długo to trwało?

A: My żeśmy przepłynęli 969 km w pięć i pół dnia, na tym było planowane, że przepłyniemy 1000 km, ale to oni planowali, brali długość Wisły od źródeł, ale wiadomo, że od źródeł, to nie ma szans raz płynięcia, dwa, żeby płynęła motorówka z zabezpieczeniem. No i dlatego startowaliśmy od zerowego kilometra Wisły z Pławnej, to jest chyba 51. kilometr Wisły. Więc 969 km i to 51 km, to było by 1000 z hakiem

K: płynęliście koło obozu Auschwitz, tak?

A: nie no, jak pojechaliśmy na start, to tam jest taki hotel w Auschwitz, zajechaliśmy tam z całą ekipą, bo musieliśmy być dużo wcześniej, bo start był zaplanowany na godzinę 6 rano, pobudkę mieliśmy przed 5, zjedliśmy śniadanie,  jeszcze lekarz, który cały czas z nami jechał, robił ostatnie takie badania profilaktyczne, czyli zmierzył ciśnienie, tętno, to wszystko. No i poszliśmy pod ścianę śmierci i stamtąd pobraliśmy ziemię z prochami do urny i na Westerplatte przed pomnikiem była wysypana, no i po tym wszystkim, złożyliśmy te kwiaty i to wszystko, pojechaliśmy na start, ale to jeszcze było dosyć ciemno, kierowca pomylił drogi i kierowca pojechał nie na ten most co trzeba, tylko most wyżej, no ale już nie było czasu się przemieszczać, no to sędziowie uznali, że dopiszą nam 5 km do tej trasy. No bo tam są dwa mosty, jeden płynie na Oświęcim to jest chyba ……., a drugi jest na Tychy.   

No to wystartowaliśmy z tego mostu, no i już to wszystko poszło, start honorowy był o godzinie 12, więc też żeśmy tak kalkulowali, żeby być na 12 przy Dzwonie Zygmunta, startowaliśmy spod Nadwiślanu.

K: Woda dość wysoka była, jak płynęliście? Bo dzisiaj… 

A: Znaczy na tym odcinku, tutaj nie, potem jak żeśmy płynęli , jak już wpadała Raba, Dunajec, troszkę wody poszło, ale znowuż tam dalej to już ona się rozlewam, także okolice Warszawy, Włocławka, także to już nawet nie było znać, a no i tutaj jeszcze właściwie przy tym starcie honorowym, właśnie ten kolega, który mnie do gołębi namówił, kolega Józek świętej pamięci, na wysokości Wawelu przywiózł razem z kolegami 5 czy 6 klatek gołębi i jak żeśmy płynęli to oni puścili na sygnał, żeby nas pożegnały, na dobry znak. No i to się tak wszystko.

Później następny kryzys był, już można powiedzieć ostatnia noc, bo rekord który mieliśmy pobić, to był  chyba 775 km ustanowiony przez kajakarzy z Niemiec, z tym, że oni to płynęli 12 dni, to nie wiem czy płynęli po jeziorach czy na turystycznym kajaku, czy może mieli przerwy duże. No a my ten ich rekord pobiliśmy w niecałe 5 dni, czyli to były okolice Malborka, praktycznie żeby wpisać się do księgi mogliśmy już w Malborku wysiąść i zapisaliby, że ten ich rekord byłby w krótszym czasie zrobiony, no i dopłynęliśmy i w tym czasie, nasi koledzy bukmacherzy od tego co tam liczyli tą naszą cała …. pomylili się coś z czasmi i powiedzieli, odpocznijcie sobie chłopaki, macie dużo czasu. No ale co tam odpoczniesz, nie dasz rady,  położysz się i cały czas myślisz, ręce, wszystko poobcierane, już wiosła nie mogłem w ogóle trzymać, wtedy nas trener Kaziu ….. , wziął skarpetki miał taki eleganckie frotowe, powyciągał tylko na kciuka, ubrał mi te skarpety i mówi dajesz Andrzej dasz radę, mówi.

K: dobry pomysł

A: no dobry pomysł, ale to też od razu psychicznie cię tak, co mówi, już nie daleko. No ale, żeśmy ruszyli, a ja się naglę patrzę, przcież brakuje nam czasu, bo jak żeśmy pisali …marszrutę.., to  żeśmy zakładali, że pierwszy dzień, dzień w dzień płyniemy średnio 8-9 km, w nocy 4, i to tak się liczyło kiedy mamy dopłynąć, a tu właśnie wyszło, że te ostatnie momenty, póki żeśmy jeszcze płynęli Wisłą, to było jako tak, a jak myśmy już wpłynęli na martwą Wisłę, to tam było jakieś 70 km stojącej wody, wiesz boczny wiatr taki, pamiętam płynęły dwie dwójki z MRKS-u (?) trener przywiózł ich na stopień wodny i oni nas chcieli na fali dać, ale nie dało rady, bo nas co chwile ten boczny wiatr tak nas spychał. Ale w końcu powiedziałem chłopaki płyńcie tam sobie, ja się tam będę chował  trzcinach, szuwarach. No i dojechaliśmy, bo tam dalej płynął z nami od Bydgoszczy, jaki statek pasażerski z kapitanem z obsługą no i ten, tego statku już nie wpuścili, na ten port wojenny i tak dalej, stocznie remontowe do samego Westerplatte, już przy wieżowcach, fala też tak duża była, że musieliśmy te pływaczki rozłożyć na kajaku, takie stabilizatory,że jak n noc przykładowo żeśmy płynęęli, to wiadomo, że nie widzisz nurtu, nie widzisz niczego, a przy tobie jak, że jeden odpoczywa, a były takie momenty, że jeden odpoczywa, bo ster był z przodu i z tyłu, to kto tą łódką mógł sterować spokojnie i dopłynąć do końca no.

K: a w trakcie tego płynięcia, nie przyszedł wam taki pomysł do głowy, żeby  gdzieś zamówić taką płetwę i zamienić na większą.  

A: wtedy się patrzyło, żeby tylko płynąć, a nie tylko kombinować, nie no mówię na tych momentach spokojnych to się sprawdzało, tylko były takie newralgiczne jak  wiatr jest duży, to wiesz, że cię spycha, bo ten ster nie jest w stanie zadziałać, przecież nie mieliśmy pod koniec tyle siły, żeby płynąc dużo szybciej, żeby on mógł sterować 

K: którego września wpłyneliście na Westerplatte?

A:   1 września tam były uroczystości chyba o godzinie 13, a my żeśmy się spóźnili jakieś 45 minut, ale tam przez megafony, to wszystko, mówili, że już kajakarze są blisko, więc ci wszyscy ludzie co są po tej uroczystości wszystko to stało na nabrzeżu, czekało aż przyjedziemy, to płynęli, tam wtedy ten statek Dar Pomorza stał, to jak się człowiek przybliżył, to nie było jak wysiąść dopiero jak nas na taką łódkę wzięli przewieźli gdzieś tam z boku i na brzeg. Jak wysiedliśmy to takie miałem odczucia jakbym miał zaburzenia błędnika, ze słabości czy czegoś, jakbym pił normalnie gorzałę, więc normalnie, dopiero po jakimś czasie, przebrałeś się, oddychnąłeś  i dopiero pozycję pionową przyjąłeś, człowiek leży śpi i nagle wstanie to też ma takie zaburzenia, coś się dzieje z równowagą. No i tam później to wszystko, to poszliśmy z tą całą delegacją, tam z gdańskich klubów zrobili takie, jakbyś do ślubu szedł, przeszliśmy pod tym i złożyliśmy proch, trwało to może ponad godzinę i później uroczyste zakończenie było już w siedzibie rady głównej, znaczy rady Startu w Gdańsku, byli wszyscy (?), trenerzy, którzy przyjechali z Bydgoszczy, Krakowa. No i po tym po odpoczynku rozjechaliśmy się do domów. Także mówię, jest co wspominać, ale teraz wątpię żebym się drugi raz na to odważył

K: wszystko młodość, młodość i wytrenowanie. 

Powiedz mi taką rzecz, czy ty kiedyś próbowałeś policzyć sobie ile w przeciągu całej swojej kariery kajakowej przepłynąłęś kilometrów? 

A: Liczyłem, to wyszło, że opłynąlbym dwa razy kulę ziemską. No bo jako zawodnik trenowałem 26 lat, raz bardziej intensywni raz mniej. Liczyłem, że się rocznie pływało w granicach 3 i pół  do 4 i pół tysiąca kilometrów. No to 10 lat masz 40 tysięcy, 20 lat 80.

Później jak już chodziłem do szkoły, to nie przychodziłem na trening posiedzieć, pobawić się, tylko wsiąść zrobić trening i lecieć dalej, bo na mnie czekały inne obowiązki.

Opublikowano Dodaj komentarz

Andrzej Dziura cz .4 – Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych, Lot Narodowy z Watykanu.

K: Dobrze, może żebyśmy trochę odpoczęli od kajaków, to opowiedz o swojej przygodzie z gołębiami 

A: To gołębie pojawiły się w moim życiu w latach 80-tych i są do tej pory. Jak zaczynaliśmy jeszcze na starej przystani, drewnianej, to wybiliśmy  u góry w szatni taką małą dziurkę i tam mieliśmy cztery białe gołębie, dwa garłacze i trzy pocztowe. Każdy przynosił z domu kromkę czy troszeczkę ryżu, one się zlatywały, my je karmiliśmy i tam siedziały. Potem poszedłem do wojska, a  gołębie ktoś sobie zabrał. Po powrocie dzięki Stanisławowi Zimnemu rozpocząłem pracę w Kapri, trenowałem dla Nadwiślanu i musiałem mieć możliwość wyjazdów na zawody, być zwalniany na obozy i wszystko, jak pracowałem na kombinacie, to nie było takiej możliwości. Tam poznałem takiego przyjaciela, starszego już hodowcę, który miał gołębie jeszcze przed wojną. Na początku pomagałem mu w wolnych chwilach, na takim budynki był gołębnik i tam robiłem światło itp. I jak były loty, to przychodziłem, kolega mówił “chodź pokobicujesz”. Teraz wszyscy mają elektroniczne zegary, zakłada się [gołębiowi] chipa, może cię potem nawet nie być na miejscu, a ptaki przylatują i się odbijają, a kiedyś trzeba było gołębia złapać, ściągnąć gumkę z nogi i odbić w zegarze. Kolega nie miał tam takiego zegara, ale 500-600 metrów od niego było dwóch hodowców, którzy mieli. No i jako, że byłem wtedy młodym wyćwiczonym sportowcem, to robiłem za łącznika. Jak przyleciał jakiś gołąb, to biegłem odbijałem i wracałem, no i tak z 10 razy robiłem taką rundę. Ale tak jak mówię, teraz są inne technologie.   

to gołębie były od lat 80-tych i są do tej pory, początkowo zaczynaliśmy jeszcze na starej przystani drewnianej, wybiliśmy w szatni taką małą dziurkę u góry i tak, żeśmy mieli 4 białe, dwa garłacze, 3 pocztowe. Każdy przynosił kromkę z domu, czy troszeczkę ryżu, one  zlatywały się, my je karmiliśmy i tam siedziały. A potem poszedłem do wojska, a gołębie zostały, zlikwidowane, ktoś sobie zabrał. A jak wróciłem rozpocząłem pracę w kapri (?) wtedy tam Stanisław Zimny… śp był dyrektorem, trenowałem dla Nadwiślanu, to tam mi załatwił taką pracę, że mogłem, bo po prostu chodziło o to, żebym mógł być zwalniani  na zawody, na obozy, na wszystko, a jak pracowałem na kombinacie, to takiej możliwości nie było. No i tam takiego przyjaciela, starszego już hodowcę, który już przed wojną hodował gołębie, poznałem, najpierw pomagałem mu, bo on tam na budowie na takim budynku gołębnik, i tam robiłem światła to tamto, w wolnych chwilach, no i jak były loty to przychodzili, chodź pokibicujesz. Teraz mamy wszyscy elektroniczne zegary, zakładach chipa, może cię nie być, a gołębie przylatują i się odbijają, a kiedyś trzeba było gołębia złapać, ściągnąć gumkę z nogi i odbić w zegarze. Kolega tam nie miał tego zegara, ale jakieś 500-600 metrów od niego było dwóch hodowców, co mieli zegary, no i wtedy, że byłem młody sportowiec wyćwiczony, to robiłem za łącznika

K: biegałeś

A: jak jakiś przyleciał, to dawał i jak do kolegi odbijam i z powrotem, no i tak z 10 razy taką rundę mu  zrobiłem, to nie raz tamten kolega był zdziwiony. Ale to tak jak mówię, są nowe technologie. 

K:  ale powiedziałeś przed chwilą, że do dziś jesteś hodowcą, tak? 

ale powiedziałeś nam przed chwilą, że do dzisiaj jesteś już

A: Tak, mam gołębie do dziś i należę do Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych w oddziale Nowa Huta, przez 6 lat byłem tam też prezesem, ale nie ma co brać za dużo obowiązków, nabrać wszystkiego, a nigdzie nie działać, od 12 lat jestem tam przewodniczącym komisji organizacyjnej oddziału i okręgu, pomagam tyle na ile mogę. Także, gołąbkami zajmuje się do dziś, byłem czterokrotnym mistrzem oddziału, supermistrzem oddziału    

 No mam gołębie do dzisiaj i należę do Polskiego Związku Hodowców Gołębi Pocztowych w oddziale Nowa Huta, przez 6 lat też tam byłem prezesem, ale mówię za dużo obowiązków, nabrać wszystkiego, a nigdzie nie działać, od 12 lat jestem tam jako przewodniczący komisji organizacyjnej oddziału i okręgu, tyle na ile to im pomagam. Także gołąbkami zajmuję się do dzisiaj. Byłem czterokrotnym mistrzem oddziału, supermistrzem oddziału,  

K: no właśnie opowiedz nam, ale jaśniej nam opowiedz

A:  Można powiedzieć, że się szczycę… Był taki lot z Watykanu, organizowany przez Polski Związek Gołębi Pocztowych, w momencie gdy Jan Paweł II  leciał na światowe dni młodzieży do Kanady. Przywieziono z Polski około 20 tysięcy gołębi, chyba trzy kabiny i był robiony tak zwany lot narodowy, to było do pokonania ponad 1 500 km, Morze Śródziemne, Alpy, to wszystko. Ja dałem dwie samiczki, w tym jedna wróciła po 5 dniach. Pierwsze gołębie były gdzieś tak po 3 i pół dnia, można powiedzieć, że dla takiego ptaka to był supermaraton. Jest wypuszczony w miejscu w którym nigdy nie był, kieruje się tylko własną nawigacją, musi przez te kilka dni unikać niebezpieczeństw np. jastrzębi czy jak nocuje, żeby go jakiś kot czy kuna nie zjadła, musi się napić, coś musi zjeść…

… byłem drugi, ale mam też, szczycę się – nie szczycę się. To był lot z Watykanu organizowany przez Polski Związek Hodowców Gołębi Pocztowych, w momencie gdy Jan Paweł II  leciał na światowe dni młodzieży do Kanady. No i w tym dniu przywieziono z Polski około 20 tysięcy gołębi, chyba trzy kabiny i był tak zwany lot narodowy robiony, to jest ponad 1 500 km do pokonania, morza śródziemnego, Alpy, to wszystko. No ja dałem , dwie samiczki, w tym jedną miałem po 5 dniach, która ma do tej pory dyplom i to wszystko ma na ścianie i uważam to 

K: co to znaczy po 5 dniach? 

A:  5 od momentu wypuszczenia dni tutaj leciała, ale pierwsze gołębie były gdzieś tak o 3 i pół dniach, więc supermaraton można powiedzieć dla tego ptaka, no bo ten ptak jest wypuszczony w miejscu w którym nigdy nie był, nie zna, musi się własną nawigacją kierować, przez te dni unikać niebezpieczeństw: jastrzębi, jak nocuje gdzieś w nocy, żeby go jakiś kot, kuna nie zjadła czy coś, musi się napić, musi coś zjeść

K: Czy oprócz twoich dotarły inne  polskie gołębie?

a inne polskie gołębie też dotarły oprócz twoich?

A:  Nie no dotarły, mój był piąty w małopolsce. A te które wróciły, to myślę, że  tylko jakieś 18 do 20 procent. Reszta zginęła, po prostu nie dała sobie rady, a lot był wymagający.

No i do dziś zajmuję się gołębiami, w ramach odskoczni, jestem już można powiedzieć zasłużonym emerytem, gołębie mam na przystani, więc poświęcam czas gołębiom i zawodnikom. Siedzę i patrzę, a tak to musiałbym jechać gdzieś na działkę. Sprawia mi to dużą przyjemność, dużą frajdę. Największa radość jest jak zobaczysz pierwszego głębia, ja z góry tak nieraz szybuje, jak dosłownie pajączek taki malutki i coraz większy, coraz większy i nagle bach! Siedzi na desce. Bo to w zależności od warunków, jak jest ładna pogoda z wiatrem, to idą bardzo wysoko, a jak przybocznym czy pod wiatr, to idą chować się za drzewami.    

Nie no to dotarły, ja miałem piątego w małopolsce, a z tego wróciło, ja wiem? Jakieś 18 do 20 procent tylko. Reszta po prostu zginęła nie dały sobie rady, był wymagający lot, taki maratoński. No i do dzisiaj jeszcze się zajmuję tym, w ramach odskoczni, jestem już, można powiedzieć zasłużonym emerytem, przychodzę, głębie mam na przystani, poświęcam czas gołębiom i zawodnikom. Siedzę i patrzę, a tak to musiałbym gdzieś na działkę jechać. Sprawia mi to dużą przyjemność, jest to duża frajda. Największa radość jest jak zobaczysz pierwszego głębia, ja z góry tak nieraz szybuje, jak dosłownie pajączek taki malutki i coraz większy, coraz większy i nagle bach! Siedzi na desce. Bo to w zależności od warunków, jak jest ładna pogoda z wiatrem, to idą bardzo wysoko, a jak przybocznym czy pod wiatr, to idą za drzewami się chować, dlatego przy samej ziemi   

Opublikowano Dodaj komentarz

Andrzej Dziura cz .3 – Osiągnięcia (Mistrzostwa Polski) i jazda na fali.

K: powiedz może troszkę o swoich wynikach w czasie jak byłeś seniorem, po wojsku 

A:   Moje największe osiągnięcie w juniorach, to 6. miejsce na drugiej spartakiadzie młodzieżowej, z Adamem na “dwójce”.  Gdyby nie zajechał mnie taki kolega z Krakowa, to może mielibyśmy medal. [Śmiech] Żartuję. Wtedy w zawodach startowało 40-50 osad, jak się ustawili na mecie, to praktycznie dwa szeregi, a teraz startuje 5-6 osad i się ścigają. Także, prawdziwe wyniki, osiągnięcia miałem dopiero po przejściu do Nadwiślanu, tylko to było po jakiś 3-4 latach treningu. Najpierw pływaliśmy różne osady, “dwójki”, “trójki”,  zajmowaliśmy 5-6. miejsca, startowaliśmy też w I lidze i tam też zajmowaliśmy wysokie miejsca. Ale takim pierwszym poważniejszym osiągnięciem w seniorach było zajęcie 4. miejsca na Mistrzostwach Polski w Poznaniu. Płynąłem 10 km na “dwójce” z Jurkiem Wiadkowcem, przegraliśmy minimalnie, ale tam startowali medaliści olimpijscy Szuszkiewicz  , Włodek, Matysiak, z takimi to nawet  trudno na fali się utrzymać i dojechać do mety,  więc to już było bardzo duże osiągnięcie.   

    no to w juniorach, najlepsze miejsce, które wtedy miałem, to z Adamem w drugiej spartakiadzie młodzieży byliśmy na dwójce 6. miejsce. No kolega gdyby mi nie zajechał, to może mielibyśmy medal, był  taki z Krakowa. Żartuję. Ale wtedy w zawodach pamiętasz startowało 40-50 osad  jak się ustawili na mecie/malcie to praktycznie dwa szeregi, a teraz startuje 5-6 osad  i się ścigają. Także, to było… także dopiero takie prawdziwe wyniki, osiągnięcia, jak przeszedłem do Nadwiślanu, ale to było jakieś 3-4 lata treningu. Bo najpierw pływaliśmy różne osady, dwójki, trójki, no i tak było 5. 6. miejsce No na lidze zdobywaliśmy też wysokie miejsce,bo wtedy w pierwszej lidze, żeśmy startowali  … I pierwszy taki lepszy wynik, można powiedzieć w seniorach, to płynąłem z Jurkiem Wiadkowcem…? na dwójce na mistrzostwach Polski w Poznaniu na 10 km i byliśmy czwarci, minimalnie przegraliśmy, ale wtedy startowali medaliści olimpijscy Szuszkiewicz  , Włodek…., Matysiak , z takimi …. to nawet na fali trudno się utrzymać i dojechać do mety, to było już bardzo duży wynik.

Później zmienił się trener, trener  Plackowski zaczął zajmować się juniorami, przejął nas Jurak  Dziadkowiec, doszła młoda grupa. Przyszło kilku zawodników z AZS-u, później jeszcze doszli wychowankowie.No i wtedy mieliśmy, taką że tak powiem, czwórkę uniwersalną [13:18 / 57:09 wave], było  nas sześciu i  zmienialiśmy się w różnych układach,  na 500 m,1000 m, czy nawet jeszcze wtedy na 10 m. W tamtym momencie zaczęły się już wyniki na mistrzostwach Polski, w sumie mam z nich 18 medali, w tym trzy złote tytuły. Zdobyte na [w?]  górach, w zespołach, w zjeździe, tam w każdej trójce startowałem z kimś innym. W jednej z Wilowkski i minkina/miękina, później startował Śliwa i  Minkina, w jednej płynął Jurek Waga i Mietek Szymski, wtedy wygraliśmy można powiedzieć 3/10 na 10 km na spływie. 

 No i następnie później już nastąpiła zmiana trenera, trener  Plackowski zaczął się juniorami zajmować , Jurak  Dziadkowiec nas przejął, wtedy doszła młoda grupa, Jurek Waga skończył ? i wtedy przyszło kilku zawodników z AZS-u póżniej wychowankowie doszli, Jacek Śliwa,….  No i wtedy mieliśmy, taką że tak powiem czwórkę uniwersalną [13:18 / 57:09 wave]  , że nas było sześciu i w jakich układach żeśmy się … zmienialiśmy się na 500, na 1000, na 10. bo jeszcze wtedy były czwórki na 10 km, teraz nie można na krótkich uzbierać ……., no i wtedy zaczęły się już te wyniki na mistrzostwach polski, tak ogólnie to mam 18 medali z mistrzostw Polski, w tym trzy tytuły złote. Zdobyte na górach, w zespołach, w zjeździe, to tam w każdej trójce startowałem z kimś innym, bo w jednej startował Wilowkski??? ja i minkina/miękina  , później startował Śliwa  Minkina ja, w jednej płynął Jurek Waga i Mietek Szymski, to wtedy wygraliśmy można powiedzieć 3/10 na 10 km na spływie. 

K: Twój partner, o którym wspomniałeś, Jerzy Waga, też kilka lat wcześniej wygrał na “trójce”, tylko 1/10. Wtedy wygrać, jak  jeszcze nie było tak dokładnych pomiarów jak te dzisiejsze, to też trzeba było mieć trochę szczęścia. 

a twój partner, o którym powiedziałeś przed chwilą, Jerzy Waga kilka lat wcześniej, też wygrał na trójce, też wygrał ze i …Bajorem … wygrali tylko 1/10. Wtedy wygrać, kiedy to jeszcze nie było takich pomiarów dokładnych jak dzisiaj, to trzeba było mieć szczęścia trochę. 

A: Wtedy jak przyjeżdżał klub płaski, Czechowice, tam to można powiedzieć, była kopalnia talentów, przyjeżdżała  [ I Klub Sportowy]  Ślęza, to  już w samych górskich  klubach było zatrzęsienie seniorów, teraz, żeby się zespoły odbyły na mistrzostwach Polski, to są już w openie [?] robione junior młodszy, junior starszy i senior, jedzie 5-6 “dwójek, wtedy w każdej kategorii były zespoły po 10-12. Inaczej wyglądało to też ze sprzętem, przesiąść się z łódki wyczynowej na taką [?] ???, a nie było nas stać, żeby kupić trzy komplety dobrego sprzętu.To na czym startowaliśmy, to można powiedzieć był sprzęt z lamusowni.  

 wtedy jak przyjeżdżały kluby płaski, Czechowice, gdzie tam można powiedzieć była kopalnia talentów no i wszystko szło w ramach odrabiania wojska, nie szli Zawiszy czy gdzieś pracować na kopalni, przyjeżdżała  [ I Klub Sportowy]  Ślęza to w samych górskich tych klubach to seniorów  było zatrzęsienie, teraz, żeby się zespoły odbyły na mistrzostwach polski, to są już w openie(?) robione junior młodszy, junior starszy i senior i jedzie po 5-6 dwójek, a wtedy w każdej kategorii, tak seniora, juniorach starszych, młodszych  były zespoły po 10-12. Także, pokazać się, to była straszna.. No i wtedy przede wszystkim sprawa sprzętowa, bo sam wiesz, że przesiąść się z łódki wyczynowej na taką ? nas nie było stać, żeby kupić trzy komplety dobrego sprzętu. Sprzęt na którym my startowaliśmy, takiej można powiedzieć z lamusowni. 

K: Pamiętam jak startowaliśmy, to mieliśmy poobijane kciuki, bo kajak [?] był znacznie szerszy od tego wyczynowego. 

jak myśmy startowali, to mieliśmy kciuki poobijane, bo kajak …. był znacznie szerszy od tego wyczynowego . 

A: Można powiedzieć, że na “jedynkach”, to dobrze się plasowałem, nie raz byłem trzeci, potem czwarty, piąty, szósty, ale ciężko się tam było przebić, pływał wtedy  [Wojciech] Gawroński i ci wszyscy dobrzy olimpijczycy, także tam nie było możliwości zawalczyć o jakieś wyższe miejsce. Zespoły wygrywaliśmy jedynie doświadczeniem, umieliśmy jeździć na fali i wykorzystać  do 100 procent tak zwaną jazdę zespołową, jeden drugiego podciągał, nie zostawiał na mieliźnie. I 

nie można powiedzieć, że tam na jedynkach, to też żeśmy się tak uplasowali nie raz byłem trzeci potem tam czwarty, piąty, szósty, bo ciężko się było tak na jedynce przebić, bo wtedy to tam  Gawroński pływał, ci wszyscy tacy dobrzy, olimpijczycy, tak żeby tam zawalczyć to nie było możliwości, a zespoły wygrywaliśmy jedynie tym, że doświadczenie 

K: ……?….

A: umieliśmy jeździć na fali i wykorzystać do 100 procent tak zwaną jazdę zespołową, że jeden drugiego pociągał, nie zostawiał na mieliźnie. 

 I jak jechaliśmy ten ostatni, to pamiętam jak na granicy, to wtedy Dziadek, że przegrywamy 5 czy 10 sekund i tą ostatnią taką leniwą prostą co się już do przełomu do  Szczawnicy, woda tam jest pół metra, łódki dęba stoją. My wtedy się  rostawiliśmy…, a ja z  Wagą po bokach, a Mietka my tak  jechał na podwójnej, tak jak motorówką na fali, na fali, na fali. I ostatnia końcówkę jak myśmy jeszcze ruszyli w trzech, to jakbyśmy się na 100 metrów ścigali. No i przyjeżdżamy na metę, 3/10 

K: wyjaśnij nam proszę co to znaczy jazda na fali.  

A: Takie pytanie miałem  jak broniłem pracę dyplomową z kajakarstwa. Była w komisji taka pani doktor, w ogóle nie miała pojęcia o kajakach, ale była przewodniczącą komisji i powiedziała, żebym wytłumaczył co to znaczy jazda na fali. No to tłumaczę, że kolarz jeździ na kole, wykorzystuje niuanse takie, że jak złapie dobrze, to go nie zgubi, a kajakarz ma to do siebie, że każda łódka, która pływa wytwarza, tak zwaną boczną falę, która ciągnie się od dzioba, przez rufę, aż do tyłu i umiejętność na tym polega, żeby na tej minimalnej falce siąść i wykorzystać do maksimum. Jeśli ktoś będzie jechać za wysoko, to będzie pod falą, jak zostanie za bardzo z tyłu, to spadnie z fali albo postawi go do góry, a jak się dobrze siądzie to można powiedzieć, że 70-80 procent daje siły tego co ten prowadzący.     

Taka pani doktor była w komisji, która nie miała pojęcia o kajakach w ogóle, ale była przewodniczącą komisji i się pyta, żeby wytłumaczył zasadzę jazdy na fali. No mówię, że kolarz jeździ na kole, wykorzystuje niuanse takie, że jak złapie dobrze to go nie zgubi…, a kajakarz ma to do siebie, że każda  łódka która pływa wytwarza tak zwaną boczną falę, która się ciągnie od dziobu, przez rufę, aż do tyłu, i umiejętność na tym polega, żeby się dobrze na tej minimalnej falce siąść, wykorzystywać, to do maksimum, bo jeśli ktoś będzie jechał za wysoko, to będzie jechać pod falą , jak zostanie za bardzo z tyłu, to spadnie z fali, albo  go postawi do góry, więc jak jest ta boczna fala wytwarzana, to jak ktoś dobrze siądzie, to można powiedzieć, że 70-80 procent daje siły tego co ten prowadzący.

K: żeby tył twojego kajaku był jak najwyżej, żebyś ty miał z górki

A: Tak jak jeżdżą na deska surfingowych, tylko tam są ogromne fale 

K: dobrze, a powiedz, bo jeszcze jednego zwrotu użyłeś “dziadek stał na granicy”

A:  jeżeli ktoś zna Dunajec i płynął przełomem wielokrotnie, to wie, że jak jest ten Janosikowy skok, tam zawsze była budka graniczna, gdzie żołnierze WOP-u (?)  stali

K: to była granic między Słowacją a Polską. 

A: no a już tam dalej nie mogliśmy [płynąć]. 

No i ktoś tak krzyknął jeszcze z 1000 metrów do mety, no i tam wiadomo, tak jak w biegach narciarskich, tam zazwyczaj podają międzyczasy na poszczególnych etapach. No i jak mierzył czasy, to minęła dwójka ? trójka, minęła nas tak mocna z nowosądeckiego Startu, która miała to wygrać w/zz cuglach ???  Myśmy tam przegrywali 10 s………. no ale na tej płyciźnie, no bo zawsze mówili, że górale są dobrzy na dużą wodę, na nurty, bo potrafią czytać wodę, objeżdżać te falki te wszystkie, myśmy się tam troszkę …., płaska woda tam była i to już musiała być siła fizyczna i rąbanka, no to my na tych odcinkach, po prostu  tą kondycją wytrzymałością i też trochę ta technika wiosłowania jest inna, więc tam nadrobilismy.

Opublikowano Dodaj komentarz

Andrzej Dziura cz .2 – Zmiana klubu (Yacht Klub, Nadwiślan) , AWF.

Wtedy był jeszcze strefy w kajakarstwie, ….. zajęliśmy 3. miejsce, tam wtedy wygrała dwójka kadrowa Bulasz Sieradźki (……, ktoś tam był ze spójni (?) na drugim miejscu, to już wtedy te długie dystanse zaczęliśmy pływać. Ale w klubie zmienił się trener, Staszek  [Guca] on już nie poświęcał tyle uwagi seniorom, bo nie widział szansy na rozwój, wtedy część chłopaków zrezygnowała, ja chyba jako pierwszy poszedłem do Nadwiślanu, namówił mnie  Marian Szymański. Po małych perturbacjach, wszystko między klubami się ułożyło, w ‘76 dostałem zgodę i na wiosnę  podjąłem trening w Nadwiślanie pod okiem trenera [Kazimierza] Plackowskiego [08:21]  Jako zawodnik pływałem w Nadwiślanie 12 lat.     

 Ale sytuacja była taka, że wtedy w klubie zmienił się trener , Staszek   [Guca] przyszedł, ale on już patrzył na seniorów nie zwracał uwagi, bo to bez szansy na rozwój bez szans ….. część chłopaków zrezygnowała, ale ja poszedłem można powiedzieć jako pierwszy do Nadwiślanu, bo to wtedy Marian Szymański  mnie namówił, mówi chodź mówi tam, jest grupa, jest drużynowe mistrzostwa polski są rozgrywane. Po małych perturbacjach, najpierw byłem niepotrzebny, a potem chcieli mi dać zwolnienie… , ale wszystko między klubami się ułożyło, bo to wszystko w ‘76 roku już dostałem wtedy zgodę i na wiosnę  podjąłem treningi w Nadwiślanie u trenera [Kazimierza] Plackowskiego [08:21] ……….. W Nadwiślanie pływałem 12 lat., jako zawodnik 

K: a powiedz nam, bo wtedy też zacząłeś tam twardy, taki ostry trening, jak przystało na prawdziwego wyczynowca, ale też wtedy zacząłeś studia wieczorowe na  krakowskim AWF-ie, z tego co pamiętam, tak to było? 

A: To było trochę później. Po wyjściu z wojska zacząłem trening, ale żeby pójść na studia musiałem najpierw zdać maturę, można powiedzieć, że miałem trochę dłuższą drogę. Poszedłem do technikum dla pracujących Huty im. Lenina, zdałem maturę, miałem rok przerwy i rozpocząłem studia na warszawskim  AWF-ie, bo tam wtedy było kajakarstwo.   To  trochę później było. No i wyszedłem z wojska i zacząłem treningi i miałem rok przerwy, ale żeby iść na studia najpierw musiałem zdać maturę i ja miałem taką taką dłuższą ścieżkę, którą sobie obrałem, ale pokazałem, dopiąłem swego. Poszedłem do technikum dla pracujących Huty im. Lenina, zdałem maturę, miałem rok przerwy i rozpocząłem studia na AWF-ie w Warszawie, bo wtedy mimo, że miałem klasę mistrzowską w kajakarstwie, byłem przyjęty bez egzaminów, ale kierowali według uznania, mnie jako kajakarza nie skierowano na AWF krakowski, żebym  robił przykładowo magistra wychowania fizycznego i specjalizacje z kajakarstwa, tylko kajakarstwo było wtedy na AWF-ie w Warszawie i tak praktycznie przez jeden sezon 

K: tak to było w poprzednim sezonie

A: pamiętam semestr musiałem tam skończyć 

K: pamiętam jak sekretarz polskiego związku kajakowego, nieżyjący już,  pan Edward ……?…  ukończył AWF w Krakowie, to było w latach 60- tych. [Edward Jan  Serdecki Odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. W 2009 roku został uhonorowany Dyplomem Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego] 

A: to obecny prezes Rubecki ……… też kończył w Krakowie.

 Nie no dobrze, tam byłem pół roku, ale to było dosyć uciążliwe, musiałem na wszystko dojeżdżać, na sesje zjazdowe, na egzamin. Nie było wtedy takich połączeń jak teraz – 2 i pół godziny i jesteś, tylko 8 do 9 godzin jazdy.   Nie no dobrze, ale tam byłem  pół roku, ale to było dosyć uciążliwe, trzeba było jeździć na te sesje zjazdowe, na egzaminy, na wszystko. Wiadomo dojazd wtedy do Warszawy, to nie był to co teraz, bo tak dzisiaj 2 i pół godziny, tylko 8 do 9. 

K: Powiedź nam, radziłeś sobie z tym wszystkim, bo dzisiejsza młodzież, to mówi nie da się,  ty chodziłeś do pracy rozumiem, do technikum i jeszcze trenowałeś i jeszcze gołębiami się opiekowałeś

A: to gołębiami, to trochę później, bo to w ‘81 roku 

K: i jeszcze miałeś narzeczoną. To była sztuka, coś być podpowiedział dzisiejszym młodym ludziom, jak to trzeba robić, żeby tyle rzeczy pogodzić 

A:  W ‘82 ukończyłem studia na AWF-ie w Krakowie jako magister wychowania fizycznego, ale praktycznie w tym samym okresie robiłem 3 i pół letnie studia na wrocławskim AWF-ie, doktor Antkowiak  prowadził tam wtedy zajęcia. Dużo naszych zawodników i trenerów kończyło tam studia. Ja miałem o tyle łatwiej, że egzaminów, które pozaliczalem w Krakowie, tam już nie musiałem zdawać drugi raz, została mi tylko specjalizacja, chociaż pamiętam był jeden przedmiot, tam na trzecim, a w Krakowie dopiero na czwartym roku. No ale napisałem pracę, obroniłem i miałem dyplom trenera drugiej klasy i magistra wychowania fizycznego, czyli mogłem pracować i w szkole i w klubie.  

no studia skończyłem w ‘82 roku, jako AWF Kraków, magister wychowania fizycznego, ale w między czasie praktycznie w tym samym okresie robiłem 3 i pół letnie studia na AWF-ie we Wrocławiu, tak doktor Antkowiak  wtedy prowadził, tam dużo naszych zawodników, trenerów kończyło te studia, także miałem taką ulgę, że egzaminy, które miałem pozaliczane w Krakowie, tam już ich nie musiałem zdawać drugi raz, tylko została mi specjalizacja, pamiętam jakiś przedmiot był u nich na trzecim roku, a tutaj dopiero na czwartym, no ale napisałem pracę, obroniłem, wtedy miałem dyplom trenera drugiej klasy i magistra wychowania fizycznego, czyli miałem możliwość pracowania i w szkole i w klubie. 

K: Czyli można powiedzieć, że to tak jakbyś miał dwa fakultety? 

A: tak, tylko tam też miałem dyplom uczelni, nie kurs jak to się często teraz robi, tylko normalne studia trenerskie.  

tak, tam mam dyplom też uczelni, nie tylko kurs, tak jak się teraz robi, tylko normalne studia trenerskie.

Opublikowano Dodaj komentarz

Andrzej Dziura cz .1 – Kajakarze z jednego bloku, wojsko i tęsknota z kajakami .

Dzień dobry witam państwa serdecznie. Zaprosiliśmy tu dziś na wywiad pana Prezesa Andrzeja Dziurę, jest on absolwentem krakowskiego AWF-u, któremu potem pomagał w pracy trenerskiej, ale ja myślę, że chcielibyśmy Andrzeju zacząć od… opowiedzieć Twój życiorys. Bo to można powiedzieć Twój życiorys, kiedy od najmłodszych lat kiedy, byłeś w szkole podstawowej, kiedy złapałeś bakcyla trenowania na kajaku. Może zacznijmy od tego. 

 Kajakarze z jednego bloku, wojsko i tęsknota z kajakami 

Andrzej Dziura: Moja przygoda z kajakarstwem zaczęła się w 1965 roku, był to taki moment, że  na osiedlach nie było co robić, grało się gumową piłką albo biegało się na wyścigi z metalowymi kółkami, jak żużlowcy. 

K: dodajmy, że jesteś urodzony i wychowany w Nowej Hucie

A: Urodziłem się w 1952 roku w Nowej Hucie w szkole rodzenia na osiedlu Willowym, nie było jeszcze szpitala Żeromskiego. Moja przygoda z kajakarstwem zaczęła się w 1965 roku, to były takie czasy, że na osiedlu nie było co robić, grało się gumową piłką albo biegało na wyścigi z metalowymi kółkami, jak żużlowcy. Jak miałem 13 lat, to na naszym osiedlu mieszkała Marysia Bem, wielokrotna medalista mistrzostw Polski. Ona i kilku starszych kolegów Jasiu Stachowicz, który też pływali w Yacht Klubie, Krzysiek/Stasik  Wójcik, Krzysiek Kulis …, mieszkaliśmy w jednym bloku, można powiedzieć byliśmy z jednej klatki. Wtedy nie robiło się naborów do klubu, tylko koledzy namawiali jeden drugiego, przyprowadzali na przystań. W ten sposób na jesień ‘65 roku zacząłem chodzić na treningi. Wtedy było zupełnie inaczej, na treningi przychodziło 40 prawie 50 osób, a warunki były o wiele gorsze, nic to nie miało wspólnego z komfortem.  

K: brakowało kajaków i wioseł

A: Drewniane baraki bez ogrzewania, bez ciepłej wody, sanitariaty były na polu. Żeby na wiosnę można było zacząć pływać, to przez całą jesień i zimę skrobało się drewniane kajaki szkłem, a potem dopiero szkutnik nam je malował. Liczyło się kto pierwszy przyszedł na trening, ten szedł pływać, bo jeden kajaka przypadał na 3 nie raz 4 osoby. (Ale w miarę upływu czasu warunki się poprawiły,  i te sprzętowe i lokalizacyjne.) No i w takim czasie zaczynaliśmy, czterech chłopaków z jednego bloku i z jednego rocznika. Władek Kozłowski, Adam Kulis, Andrzej Sobota i ja zapisaliśmy się do [Yacht] Klubu, pływaliśmy “dwójki” i “czwórki”. Pierwszymi moimi trenerami, którzy nas tam prowadzili, był Józef Grzesiak i Jan Szwed i przy nich wychowywało się wiele dobrych zawodników.

I tak nas do tego ciągnęło. Najpierw kategoria młodzika, potem juniora, część chłopaków skończyła wcześniej, ale my z Adamem zostaliśmy praktycznie aż do wojska.  

 Żebyśmy mogli na wiosnę zacząć pływać, to przez całą jesień, zimę, to skrobało się szkłem, te drewniane kajaki, a potem dopiero szkutnik nam je malował i kto przyszedł pierwszy, ten szedł na trening, bo zawsze do jednego kajaku były 3 nie raz 4 osoby wpisane, żeby sobie popływać. Ale w miarę czasu warunki i lokalizacyjne i sprzętowe się poprawiały, no i w tym okresie zaczynaliśmy, w tamtym momencie z jednego bloku, jednej klatki było nas 4 chłopaków z jednego rocznika. I cała nasza czwórka zapisała się do klubu, i wiadomo pływaliśmy dwójki i czwórki, to był Władek Kozłowski, Adam Kulis, Andrzej Sobota i ja.  i tak nas ciągło. Najpierw w kategorii młodzika, potem juniora, część chłopaków skończyło wcześniej, a myślmy z Adamem zostali do czasu, praktycznie  jak poszliśmy do wojska. Pierwszym moim trenerem, który nas tam prowadził, był Józef Grzesiak i Jan Szwed i przy nich wychowywało się właściwie wiele dobrych zawodników.

K: to może powiedz teraz w którym roku poszedłeś do wojska?

A:  Tu mam zapisane, że zawodnikiem Yacht Klubu byłem od ‘66 do ‘75 roku, do wojska poszedłem w 1971 na jesień, ‘73 wyszedłem. Czyli praktycznie miałem tylko rok przerwy, ‘72 rok, kiedy nie startowałem, miałem tę przyjemność, może i historyczną, że startowałem w pierwszej ogólnopolskiej spartakiadzie …. to było ‘69, druga była w ‘71, bo to było wtedy zamiast mistrzostw polski, była organizowana spartakiada. Startowałeś Ty, Paweł Podgórski, Jurek Waga, tu można powiedzieć cała nasza śmietanka kajakowa z tamtych lat i to się bardzo miło teraz wspomina.  

W 1971 roku, na jesień, poszedłem do wojska, były takie propozycje, no takie zamiary, żeby… trener nam naobiecywał.. Zawisza, no ale wyszło tak jak wyszło, dwa lata odsłużyłem dla ojczyzny

K: Czy przez te dwa lata duża była tęsknota za tymi kajakami ?

A: Była i to  straszna, też miałem to szczęście, czy nieszczęście, że trafiłem razem z moim partnerem z “dwójki” Adamem Kulisem  do  tej samej jednostki wojskowej na szkółkę do nowego dworu mazowieckiego, bo to była szkoła łączności, ja poszedłem jako radiotelegrafista, on został telefonistą. Po skończeniu tej szkoły rozsyłali ludzi po wszystkich jednostkach w Polsce, znowu dali nas razem, tym razem do Wrocławia  do …opelotki… Jako sportowcy mieliśmy tam duże, można powiedzieć,  możliwości pokazania się, bo były organizowane różne zawody sportowe: podciąganie na drążku, podnoszenie ciężarów i biegi narodowe.  I Obaj, jako że byliśmy dobrymi biegaczami, startowaliśmy w tych biegach narodowych, ja na dystansie 5 km, Adam na 3 km, doszliśmy nawet do finałów ogólnopolskich. 

 Straszna była, akurat też miałem, to szczęście czy nieszczęście, że partner z dwójki, czyli Adam …Kulis…. poszliśmy do tej samej jednostki wojskowej, na szkółkę do nowego dworu mazowieckiego, bo to była szkoła łączności, ja poszedłem jako radiotelegrafista, on został telefonistą   i później  po tej szkole rozsyłali ludzi po całej, po wszystkich jednostkach w Polsce, znowu nas razem dali do Wrocławia, do …opelotki.. No i tam można powiedzieć wtedy jako sportowcy, mieliśmy tam, takie duże możliwości pokazania się, bo były organizowane takie różne zawody sportowe, podciąganie na drążku,  podnoszenie ciężarów no i biegi narodowe. I obaj, jako, że byliśmy bardzo dobrymi biegaczami startowaliśmy w tych biegach narodowych, ja na dystansie 5 km, Adam na 3 km, tam doszliśmy nawet do finałów ogólnopolskich. 

K: z tego co pamiętam, to ty po zakończeniu służby wojskowej zacząłeś taki ostry, twardy trening w kajakach. Powiedź coś o tym 

A: Pytałeś czy była duża tęsknota z kajakarstwem.  Jak służyliśmy w wojsku, to jeździliśmy na taką placówkę poza miasto, tam zrobiliśmy sobie betonowe sztangi i na ławeczkach w ramach przerwy siedzieliśmy i  rurkami wiosłowaliśmy na sucho. Tylko tak mogliśmy sobie potrenować.  bo jeszcze pytałeś czy była tęsknota, bo jeżeli żeśmy służyli w wojsku, to jeździliśmy na taką placówkę poza miasto, to tam, żeśmy sobie zrobili betonowe sztangi, także na ławeczce w ramach tam jakiejś przerwy, rurki takie jak wiosła, żeśmy siedzieli i na sucho, żeśmy wiosłowali. No ale, tak wtedy było

K: takie były możliwości 

A: Tak, ale po prostu  wojsko było wymuszoną przerwą w treningu. Po powrocie, na jesień ‘73 roku wystartowaliśmy  na “dwójce” w ? maratonie Czernichów-Kraków.  

 Były możliwości, ale po prostu wtedy  wojsko było wymuszoną przerwą [w treningu] 

No ale tak jak mówię, po powrocie z wojska na jesień  w ‘73 jeszcze, żeśmy wystartowali na maratonie Czernichów- Kraków na dwójce, 

K: to było zawsze na wiosnę

A:  To było na jesień, więc prosto po wyjściu, praktycznie z marszu wsiedliśmy w kajaki i popłynęliśmy. Śmiali się z nas, że o jacy zawodnicy przyjechali. Ale jak mieliśmy popłynąć, nie wiosłowaliśmy dwa lata, ale przepłynęliśmy ten maraton, a na wiosnę zaczęliśmy, można powiedzieć, ostro trenować.    nie no pamiętam, to było na jesień, prosto praktycznie z marszu wsiedliśmy w kajaki i popłynęliśmy. Mówili, że o jacy zawodnicy przyjechali. A co my mogliśmy popłynąć jak myśmy dwa lata nie wiosłowali, ale przepłynęliśmy ten maraton, no i na wiosnę zaczęliśmy już można powiedzieć ostro trenować.

Opublikowano Dodaj komentarz

Znaczenie Wisły dla osadnictwa i gospodarki

Wisła i związany z nią system rzeczny – pomijając konfiguracje samego jej ujścia i delty – w obecnej postaci ukształtowały się po cofnięciu się lodowca na północ. Prawisła, wpadająca poprzednio do morza koło ujścia Łaby, odtąd zmierzała już do niego niego droga najbliższą. Zarazem poprzez swoje dopływy, wiążąc rozległe obszary w jednolitą całość hydrograficzną, z biegiem stuleci stawała się kośćcem ziem polskich, główną dla nich artylerią komunikacyjną. Pierwotnie tej roli jeszcze chyba nie spełniała. Była natomiast, jak wiele innych rzek, drogowskazem dla grup ludzkich posuwających się wzdłuż brzegów w poszukiwaniu nowych siedzib. Tu też najczęściej grupowało się stałe osadnictwo ludzi, zachęcany do tego możliwością zaopatrzenia się w wodę, ryby i chwytaną u wodopojów zwierzynę. Owe procesy osadniczy w dużym stopniu zależały od wielkości rzek i od dostępności jej brzegów. Dla osadnictwa, ważna też była jakość nadrzecznych gleb oraz bliskość znanych i używanych ówcześnie surowców. Te właśnie walory – jak wskazywał Józef Kostrzewski – posiadała Wisła, bogatsza pod tym względem od Odry, która jeśli chodzi o użyteczność ustępowała “królowej polskich rzek”, już od najmłodszego paleolitu przyciągające grupy ludzi w ich wędrówkach wzdłuż szlaku wodnego. Wisła była czynnikiem wpływającym na kształtowanie się osadnictwa, od najdawniejszych czasów rozwijającego się w jej dolinie, a zarazem też – jak utrzymywał Jan Kostrzewski – już w końcowej fazie paleolitu, zwłaszcza zaś w neolicie, poczęła służyć jako szlak transportowy. W owych procesach prehistorycznych, przy dużym zalesieniu, szlaki lądowe trzeba było dopiero tworzyć. Utworzone, były mniej bezpieczne od trasy rzecznej, dodatkowo zapewniającej korzystanie z wody pitnej. Ostatecznie więc organizowanie więc komunikacji wodnej było łatwiejsze i korzystniejsze, włącznie z budową łodzi. Wczesne wykorzystanie Wisły jako drogi transportowej znajduje potwierdzenie w znalezieniu statków rzeczny z epokii neolitu (tzw. dłubanek) oraz w fakcie w fakcie sprowadzenia doskonałego krzemienia z Gór Świętokrzyskich na Podlasie i Mazowsze. W literaturze wskazuje się na wzrost owej wymiany w neolicie, w epoce wielkich migracji i przemian technicznych (również w transporcie), kiedy pojawiła się uprawa ziemi, hodowla i rzemiosło oraz powstały pewne nadwyżki produkcyjne, na przykład w garncarstwie. Wówczas to, gdy wzdłuż lewego brzegu Wisły rozwijało się silne osadnictwo, a na fali ekspansji z Małopolski ku północy powstało nowe centrum ludzkie na Kujawach i w Ziemi Chełmińskiej, aż tam dochodził krzemień z małopolski. W zamian z a to z kolei z północy na południe – w okolice Krakowa oraz wzdłuż Sanu i Dniestru – przewożono bursztyny, co zreszta czuło się z migracją ludów: kultur amfor kulistych i kultury ceramiki wstęgowej. Wywody Józefa Kostrzewskiego, mimo ich znaczenia, mają jednak dość często charakter stwierdzeń ogólnych, nie zawsze mogących wyjaśnić w całości charakter owej wymiany, a przede wszystkim intensywność przewozów wiślanych. 

Nasuwa się ponadto istotna wątpliwość, przez J. Kostrzewskiego nie podnoszona. Czy całość owej wymiany obsługiwał transport wiślany? Wobec tak silnych migracji wzdłuż Wisły znaczną część wytworów będących przedmiotem wymiany z pewnością przenosili ludzie szukający nowych siedlisk. Tak właśnie można odczytać niezbyt precyzyjne wywody Kostrzewskiego odnoszące się do znaczenia rzeki w epoki brązu. Wówczas to bowiem ten pierwszy w dziejach ludzkości metal, służący do wyrobu narzędzi, zmieniający technikę pracy oraz całokształt stosunków społecznych, przewożono “wzdłuż Wisły”, a więc nie rzeką, lecz przybrzeżnymi drogami. Z Węgier poprzez Małopolskę dostarczano miedziane wyroby na Pomorze, stąd zaś na południe (Kujawy i Mazowsze) – produkowane nad Bałtykiem siekierki z brązu i czekany oraz skandynawskie fibule. Archeologowie utrzymują jednak, że w epoce broni zmalała intensywność tej wymiany, zwłaszcza pod koniec okresu. Inaczej mówiąc – osłabło handlowe i osadnicze znaczenie Wisły, podobnie jak i Odry, co wiąże się ze zmianami kierunku migracji, z nasileniem się ruchów wędrówkowych w kierunku równoleżnikowym (ekspansja kultur przedłużyckich z zachodu na wschód). Relatywnie natomiast zmalały migracje wzdłuż brzegów Wisły. 

Te same wątpliwości co do stopnia wykorzystania Wisły jako szlaku transportowego nasuwają się też przy rozpatrywaniu następnej epoki – żelaza, zaznaczającej się rozwojem na ziemiach polski kultury łużyckiej, tworzonej przez jedną z przodujących grup wśród społeczeństw Europy pradziejowej, a znanej przede wszystkim z hodowli zwierząt i rolnictwa (w znacznym stopniu ornego typu uprawy ziemi). Stwierdza się wprawdzie, że w owej epoce (datowanej na około 700 lat p.n.e.) Wisła i Odra znów odzyskały swe znaczenie handlowe i osadnicze. Przy ujściu Wisły powstała kultura grobów skrzynkowych, szerząca się wzdłuż rzeki aż ku Małopolsce. We wczesnym okresie lateńskim wzdłuż dolnej Wisły i jej dopływów skupia się większość znanych osad oksywskiej grupy wenedzkiej. Wzdłuż rzeki wreszcie – w obu kierunkach – odbywała się wymiana nadwyżek towarowych, na przykład wyrabianych na Kujawach ozdób kultury łużyckiej (naszyjniki i nagolenniki), docierających wzdłuż Wisły do Małopolski i na Orawę oraz wzdłuż Bugu aż do górnego jej biegu. Z tego więc czasu także brak oczywistych, bezpośrednich dowodów transportowej ekspansji szlaku wiślanego. Znane z owej epoki dłubanki pochodzą bądź z odkryć w Biskupinie, bądź też z rejonów tak zwanej kultury wejherowsko-krotoszyńskiej. Zdaniem W. Hensla nadal dominował transport pieszy, co nie osłabia jednak twierdzenia o osadniczym i gospodarczym znaczeniu Wisły. Jej roli w dziejach Polski nie można przecież ograniczyć do funkcji transportowych szlaku wodnego. 

Dlatego też i w odniesieniu do pierwszych stuleci naszej ery, okresu kontaktów z imperium rzymskim, znaczenia owego szlaku nie należy przeceniać, chociaż nie brak argumentów na rzecz tezy o wzroście sił wytwórczych i stosunków produkcji w dorzeczu Wisły, a więc – pośrednio – o wzroście towarowości. Wiadomo, że wyroby właściwe kulturze grobów szkieletowych w I i II w,n,e, docierały z Pomorza na teren małopolski, podobnie jak wyrobu ludności gocko-gepidzkiej w III w. Wiadomo również, że już w ostatnim stuleciu p.n.e. nastąpił gwałtowny rozwój sił wytwórczych, co badacze łączą z dużym postępem w zakresie metalurgii żelaza i w podstawowych rodzajach produkcji. Przypuszcza się, że istniała już znajomość nieregularnej trójpolówki. Na południu dzisiejszej Polski rozwijały się w owym czasie duże ośrodki górniczo-hutnicze i ceramiczne, Wymagało to dowozu żelaza, dostarczanego w okresie rzymskim z Gór Świętokrzyskich. Badacze wiążą z tym fakt znajdowania monet rzymskich wzdłuż górnej Wisły i jej prawobrzeżnych dopływów karpackich oraz nad rzeką Kamienną. Monety te, stanowiące rodzaj pieniądza obiegowego, dowodzą istnienia wówczas w tym rejonie handlu dalekosiężnego. Należy przypuszczać, że obok owego handlu istniała także wymiana lokalna, czy regionalna, służąca uzupełnianiu własnej produkcji poszczególnych osiedli i regionów nadwiślańskich w sól, narzędzia pracy lub przedmioty zbytku. Tak na przykład – zresztą też w związku z istnieniem rzymskich szlaków handlowych wiodących na Sambie – ważną rolę szlaku komunikacyjnego spełniał dolny odcinek Wisły. Wolno przypuszczać – chociaż nauka nie dostarczyła wystarczających ku temu przesłanek – że tendencja do użytkowania Wisły jako drogi transportowej utrzymywała się przez kolejne pierwsze stulecia naszej ery aż do tworzenia się ustroju plemiennego jako wczesnej formy państwa. 

Poza to domniemanie nie sposób jednak wyjść, tak jak brak podstaw do nakreślenia pełniejszego obrazu połowy pierwszego tysiąclecia. W studiach poświęconych tej epoce akcentuje się jednak utrzymujące się znacznie sieci wodnej dla rozwoju osadnictwa plemiennego, rolę Wisły w zacieśnianiu kontaktów w obrębie grupy osadniczej i w zorganizowaniu się jej w plemię. Wykorzystanie rzeki przez organizujące się plemiona było nieuniknione w warunkach, gdy w krajobrazie dominowały lasy, które we wczesnym średniowieczu zajmowały ⅔ czy nawet ¾ naszych ziem. Nieraz nie był to jednak bezpośredni w sensie geograficznym związek osadnictwa z rzeką, lecz grupowanie sie plemion w dorzeczach rzek.Na takim właśnie obszarze – między Wisła, Sudetami i średnią Wartą – skoncentrowane było wczesnośredniowieczne osadnictwo, które legło u podstaw formowania się od IX w. państwa polskiego. Nie sposób przy naszym temacie wdawać się w pełną interpretację wszystkich przesłanek niezbędnych do powstania państwa. Wymieńmy jednak podstawowe, które z czasem stały się punktem wyjścia handlu drogą wiślaną, zapoczątkowanego w późnym średniowieczu. Były to: stabilizacja osadnictwa, budowa grodów, przejście w rolnictwie do gospodarki rolnej i jej upowszechnienie w VII-X w. oraz idące za tym zwiększenie nadwyżek produkcyjnych, a także – w strukturze społecznej – przewaga elementów wczesnofeudalnych, w tym wyodrębnienie się ludności obciążonej powinnościami na rzecz możnych.

W miarę formowania od X w. organizacji państwowej komunikacja nabierała znaczenia nie tylko dla handlu dalekosiężnego – intensywnego zresztą i rozległego już w X w. – lecz także dla kontaktów wewnątrzkrajowych. Zdaniem W.Hensla, była to nadal przede wszystkim komunikacja lądowa, chociaż nie brak dowodów na “ponowne, wyraźne ujawnienie się roli Wisły”, służącej w X-XI w. pogłębianiu wzajemnych stosunków polskich plemion. Z Ziemi Chełmińskiej – Wisłą i Bugiem – dostarczano na Mazowsze i Podlasie srebrne kabłączki skroniowe, w odwrotnym zaś kierunku wieziono pierścionki ze szkła i szkliwa kolorowego, srebrne pierścionki, gliniane pisanki z barwną polewą oraz przęśliki z różowego łupku wołyńskiego. Tymi rzekami lub wzdłuż nich już od IX w. transportowano też śledzie i sól.

Wymiana drogą wiślaną stawała się dynamiczna zwłaszcza od XII w., kiedy to istniały już całe skupiska osadnicze ciągnące się wzdłuż Wisły od Dobrzynia po Magnuszew oraz od Solca aż po Kraków i Oświęcim. Sprzyjało to, w dobie umocnienia się chrześcijaństwa i wzrostu roli kościoła w życiu codziennym, wzmożonemu popytowi na śledzie (z powodu licznych postów) oraz na sól, służącą powszechnie do konserwacji ryb czy mięsa. Sól stała się bodaj głównym przedmiotem handlu wczesnośredniowiecznego. W owym czasie wyłoniły się trzy rejony jej produkcji i dostawy. W górę rzeki rozwożono sól importowana przez Gdańsk, co wzmiankowane jest w gdańskiej taryfie celnej z lat 1220-1227. Dostarczano ją prawdopodobnie między innymi do Płocka (1237 r.) Południe Polski zaopatrywane było w sól wielicką i bocheńską, spławianą też Wisłą, co udokumentowane jest w związku z zabiegami kupców z Połańca o prawo przewozu w 1264 r. Znacznie lepiej znamy – dzięki badaniom R.Grodeckiego i H.Samsonowicza – handel solą rosyjską, od XII w. przewożoną Bugiem i Narwią, a następnie Wisłą. Z ziemi halickiej towar ten dostarczano również do Sanu, skąd Wisłą szedł on aż na Mazowsze.W związku z tym handlem powstały nad Bugiem i jego dopływami komory celne w Broku, Brańsku, Wyszkowie i Drohiczynie. Istniały też nad Narwią (Serock) i Supraślą (Gródek), świadcząc o transportowo-handlowym znaczeniu tych rzek w XII w. Transportową przydatność Bugu wypróbowano już w okresie lateńskim. Narastała ona gdzieś od X w. w związku z kwitnącą na przełomie obu tysiącleci wymianą Polski z Rusią. Duże znaczenia tego szlaku wodnego dla handlu dokumentują zarówno znaleziska (w Drohiczynie) tysięcy plomb ołowianych służących, być może, do pieczętowania skórek – płacideł, jak i przywilej Bolesław Śmiałego, wystawiony klasztorowi benedyktów w Mogilnie na Kujawach w 1065 r. Dokumentem tym był bowiem nadano mnichom cło na Wkrze (dopływie Bugu) oraz prawo swobodnej żeglugi “per Vislam” aż do morza. 

W XIII stuleciu na statkach wiślanych pojawiły się dwa nowe rodzaje towarów: miedź i zboże. To ostatnie stało się w przyszłości przez kilka stuleci głównym produktem wywozowym na trasie wiślanej. 

Pierwszy ślad przewozu zboża Wisłą pochodzi z lat 1235-1243, kiedy to w związku z zatargami Krzyżaków z księciem kujawskim Kazimierzem ten ostatni zakazał spławu zboża na obszar państwa krzyżackiego. Nie był to wypadek sporadyczny, skoro lat 1252 i 1263 dotyczą wzmianki o dostawach zboża z Kujaw w rejon dolnej Wisły. Zboże Wisłą w XIII w. wieźli także mieszkańcy Starego i Nowego Sącza, a Bugiem i Narwią wyssłali je głodującym Jaćwingom książe ruski Włodzimierz (1279 r.) Do początku XIV w. brak jednak śladów eksportu zboża przez port gdański. Nie istniał bowiem jeszcze ten wielki popyt na zboże, jaki w zachodniej Europie wystąpił już od XV w. Nie było też jeszcze mowy o dużej towarowości rolnictwa polskiego,mimo istnienia sołtysich i klasztornych folwarków zbożowych oraz rozwoju wielkiej własności ziemskiej i systemu czynszowego. Ale też odnotowane tu ślady użytkowania w XI-XII w. Wisły i Bugu dla celów handlowych, pomimo nowej jakościowo struktury tych przewozów i zwiększenia się ich zasięgu geograficznego, nie świadczą jeszcze o dominującej roli Wisły w handlu wewnętrznym i zagranicznym Polski. Wręcz przeciwnie – przecierano głównie szlaki handlowe o układzie równoleżnikowym, służące wymianie pomiędzy zachodem Europy a Węgrami i państwami kalifatu arabskiego oraz wysyłce z Polski ołowiu i wosku, a importowi sukna i wyrobów kramarskich. Sieć dróg lądowych rozwinęła się najbardziej na południu Polski, skąd zresztą i na północ z Krakowa do Torunia) udawano się przeważnie – na przykład z miedzią węgierską – lądem, podobnie jak z Wielkopolski do Szczecina, mimo użytkowania Warty i Noteci. Trzeba dlatego silnie zaakcentować, że do XIII w. nie istniały warunki do przekształcenia Wisły w ważną, a tym bardziej w główną drogę handlową Polski. Nie spaja ona jeszcze ziem polskich pod względem gospodarczym, zwłaszcza że na przeszkodzie temu stały też różne hamulce wewnętrzne, wynikające z rozbicia Polski na samodzielne dzielnice.

Już z wczesnego średniowiecza pochodzą informacje o hamującym działalność człowieka w rejonie nadwiślańskim wpływie czynników klimatycznych. Chodzi głównie o powodzie na Wiśle i innych rzekach. Wprawdzie już w średniowieczu próbowano przeciwdziałać konsekwencjom wylewów, budując wały i umocnienia przeciwpowodziowe, było to jednak zapobieganie o charakterze doraźnym. Negatywne skutki powodzi były tym dotkliwsze, im niższy był poziom rozwoju społecznego i stan sił wytwórczych. Wylewy powodowały wówczas wielokrotnie poważne skutki. Jedną z powodzi na górnej Wiśle i w okolicach Krakowa w 1270 r. tak opisał Jan Długosz, wskazując na jej przyczynę, którą były długotrwałe deszcze: “Skąd rzeki wezbrane powystępowawszy z brzegów tak niezwykle wylały, że nie tylko zboża, łąki, niwy i polne obszary, ale nawet wsie z domostwami pozatapiały (…)”. Wisła swym prądem “bardzo wiele ludzi i domów, bydła, trzody, koni i drobnego dobytku pobrała (…), role pozatapiane na długi czas uczyniła płonnymi i nieużytecznymi”.

Opublikowano Dodaj komentarz

Głębokość rzeki Wisły

Głębokość rzeki Wisły

Prezentujemy poniżej oficjalne wyniki sondowania dna rzeki Wisły, na odcinku: od wylotu kanału Łączańskiego do stopnia Wodnego Przewóz. Badanie miało miejsce w marcu 2019 roku. Na wspomnianym odcinku, rzeka jest uregulowana, a jej brzegi w znacznej mierze zostały umocnione kamieniami piaskowca. Dostępność do brzegu rzeki w większości jest bardzo dobra. Można znaleść duża ilość ciekawych stanowisk dla wędkarzy. Wisła z roku na rok jest coraz czystsza co czyni ją atrakcyjnym łowiskiem, nie tylko dla mieszkańców Krakowa i okolic, ale również wędkarzy ze śląska. Łowienie na odcinku Tyniec – Kraków może na początku trochę denerwować, ponieważ w sezonie letnim, na tym odcinku porusza się sporo statków i barek. Może się to wydawać uciążliwe, ale ma to swoje zalety. Wir wody podnosi pokarm z dna i wzmaga żerowanie ryb. Pomimo tak dużego ruchu, na omawianym odcinku Wisły, wędkarze najczęściej spotykają takie oto gatunki ryb: leszcz, sandacz, kleń, karaś, sum, szczupak i okoń. Niniejszy artykuł może zainteresować także osoby, które planują rejsy po Wiśle w Krakowie.

Czytaj dalej Głębokość rzeki Wisły